Mogliście zauważyć, że od dawna mam słabość do książek w klimacie folkowej grozy, dawnych wierzeń i historii, w których granica między tym, co rzeczywiste, a tym, czego nie potrafimy wyjaśnić, zaczyna się zacierać. Dlatego, gdy zobaczyłam, że wydawnictwo Replika dorzuciła na nasz książkowy rynek pozycję, która jest mieszanką kryminału i folkloru wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć.
No i jeszcze taki smaczek – akcja rozgrywa się na Polesiu, w okolicach Włodawy i Bugu, a to miejsca, w których dane mi było dorastać.
Włodawa, której nie da się zapomnieć
„Milczące” przenoszą nas do Włodawy w okresie międzywojennym. W tajemniczych okolicznościach ginie młoda dziewczyna, a jej śmierć szybko zaczyna obrastać w opowieści o wodnych demonach i dawnych wierzeniach. Do miasteczka przybywa komisarz Eryk Maciejowski, który próbuje spojrzeć na sprawę przede wszystkim przez pryzmat faktów i dowodów. Problem w tym, że mieszkańcy żyją tutaj według jasno określonych zasad, a Włodawa okazuje się miejscem, w którym nie wszystko da się tak łatwo wyjaśnić. To właśnie ten klimat robi tutaj całą robotę.
Sama Włodawa jest naprawdę niesamowitym miejscem. Podmokłe tereny, bagna, lasy i bliskość rzeki tworzą przestrzeń, która działa na wyobraźnię i idealnie pasuje do tej historii. Czytając „Milczące”, sama zaczęłam tęsknić za tymi terenami i miałam ochotę zobaczyć je znów na własne oczy.
Kiedy ludowe wierzenia przestają być tylko opowieściami
Demony i magia działają tutaj według określonych, „logicznych” reguł, do których trzeba się dostosować, jeśli chce się… przeżyć. Jedną z nich jest zakaz wchodzenia do wody przed dniem św. Jana – wszystko po to, aby uniknąć porwania przez wodnika do jego podwodnego królestwa. Kiedy więc dochodzi do śmierci młodej dziewczyny, miejscowi nie dopuszczają do siebie właściwie żadnego innego wyjaśnienia. Dla nich odpowiedź jest oczywista – musiał zrobić to stwór z dawnych opowieści.
I właśnie tutaj zaczyna się coś, co może nieźle namieszać czytelnikowi w głowie. Ja sama przez większość czasu nastawiałam się na logiczne wyjaśnienia, fakty i próbę znalezienia racjonalnego rozwiązania zagadki. Zakończenie nie jest jednak aż tak oczywiste, jak mogłoby się początkowo wydawać. I właśnie ta niepewność bardzo mi się podobała. Jest w niej coś diabelnie klimatycznego – bo nagle zaczynamy się zastanawiać, czy naprawdę wszystko da się wyjaśnić rozumem.
Styl, który pozwala wejść do środka tej historii
Myślę, że już trochę mój gust książkowy znacie. Mianowicie – uwielbiam opisy, zwłaszcza te dotyczące natury. I chyba właśnie dlatego tak bardzo spodobał mi się styl Patrycji Pelicy. Autorka pisze niezwykle obrazowo, dzięki czemu naprawdę możemy poczuć się częścią tej historii. Nie mam wątpliwości, że kiedy zamkniecie tę książkę, sami zaczniecie mieć ochotę wybrać się na jakieś odległe moczary albo przejść się po mglistym wrzosowisku.
Czy warto przeczytać „Milczące”?
„Milczące” to bardzo nastrojowa lektura, która zdecydowanie wyróżnia się na polskim rynku kryminałów. Najbardziej kupił mnie oczywiście klimat – wilgotny, ciężki, momentami wręcz duszny, jednocześnie trochę baśniowy. Do tego mamy konkretną epokę, Włodawę, Bug, mokradła i ludowe wierzenia, więc naprawdę łatwo było mi wsiąknąć w ten świat.
Jeżeli lubicie kryminały historyczne, ludowe wierzenia, tajemnicze miejsca i historie balansujące gdzieś pomiędzy tym, co racjonalne, a tym, czego nie potrafimy do końca wyjaśnić, myślę, że „Milczące” mogą Wam się spodobać.
/wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Replika

