“Pełnia” – Tomasz Połoński

Wilno, które istnieje gdzieś pomiędzy jawą a koszmarem

Międzywojenne Wilno w powieści Tomasza Połońskiego nie jest jedynie historycznym tłem wydarzeń. To miasto osobliwe, niepokojące, momentami wręcz odrealnione, jakby jego architekturę zaprojektowano według zasad logiki sennego majaku. Ulice prowadzą w miejsca, których nie powinno być na żadnej mapie, znajome przestrzenie zmieniają swoje oblicze, a rzeczywistość coraz częściej przypomina konstrukcję podatną na pęknięcia.

Autor zabiera nas do tego świata w stylu weird fiction, w którym groza nie wynika wyłącznie z obecności nadnaturalnych istot, lecz przede wszystkim z niepewności dotyczącej samej natury rzeczywistości. Czy to, co widzimy, naprawdę istnieje? A może świat jest jedynie kolejną warstwą iluzji, za którą kryje się coś znacznie bardziej niepojętego?

Nie ukrywam, że już od pierwszych stron poczułam wyraźne podobieństwo do pióra Stefana Grabińskiego. Jest w tej powieści coś z jego sposobu oswajania niesamowitości, swoistego “zimna” i deformowania świata przedstawionego.

Manuskrypt, którego nie powinno się szukać

Głównym bohaterem jest Jerzy Obrocki, wileński antykwariusz przekonany, że należy do grona tak zwanych „umarłych cieni,” a mówiąc językiem bardziej przejrzystym – cierpiącego na syndrom Cotarda. Jego poszukiwania zaginionego manuskryptu „Octo Portae” prowadzą do tajemniczej Binedy – ukrytej dzielnicy, do której można dostać się tramwajem-widmem. Wkrótce na drodze Obrockiego pojawia się również sekta czcicieli Ialdabaotha, a wraz z nią rytuały, osobliwe symbole i wizja rzeczywistości, która wymyka się racjonalnemu poznaniu.

Najbardziej interesujące jest jednak to, że wyprawa bohatera nie daje się sprowadzić do klasycznej historii o poszukiwaniu zakazanego artefaktu, ponieważ każdy kolejny etap jego wędrówki komplikuje obraz wydarzeń. Obrocki funkcjonuje na granicy kilku porządków: przeszłości i teraźniejszości, życia i śmierci, rzeczywistości i projekcji własnego umysłu. Jego doświadczenia można interpretować zarówno jako przejaw pogłębiającego się obłędu, jak i kontakt z czymś, czego ludzki rozum nie potrafi objąć. W tych aspektach wyczuwałam bardzo mocny, Lovecraftowski klimat.

Moim zdaniem ta niejednoznaczność i zagadkowość stanowią jedne z najmocniejszych elementów powieści. Autor nie spieszy się z wyjaśnianiem, nie prowadzi czytelnika za rękę i nie próbuje zamknąć wszystkich znaczeń w jednej interpretacji.

Między psychiatrią a metafizyką

Ważnym kontrapunktem dla doświadczeń Obrockiego jest postać Władysława Saklasa, psychiatry próbującego przywrócić pacjentowi kontakt z racjonalnym światem. Jego perspektywa wprowadza do narracji odmienny porządek: medyczny, uporządkowany, oparty na przekonaniu, że nawet najbardziej osobliwe zachowania można wyjaśnić mechanizmami ludzkiej psychiki.

Zestawienie tych dwóch postaci pozwala autorowi podjąć interesującą grę z pojęciem szaleństwa. Czy Obrocki rzeczywiście utracił zdolność odróżniania rzeczywistości od urojeń? A może to Saklas, ze swoim racjonalnym światopoglądem, nie dostrzega czegoś, co wykracza poza granice naukowego poznania?

Muszę jednak przyznać, że właśnie ta część powieści była dla mnie najmniej angażująca. Filozoficzne dysputy i słowne przepychanki między Obrockim a Saklasem z czasem były nużące. I mimo, że bardzo lubię (również na żywo!) tego typu dyskusje i gdybania, sama do końca nie wiem, czemu to właśnie te części podobały mi się najmniej. Oczywiście rozumiem ich znaczenie dla konstrukcji całej historii – pozwalają skonfrontować dwa sposoby postrzegania świata i podtrzymują niepewność dotyczącą stanu głównego bohatera – ale momentami miałam wrażenie, że argumentacja postaci przysłania to, co w książce najbardziej intrygujące. Znacznie bardziej przemawiały do mnie obrazy Binedy, atmosfera zagrożenia i kolejne deformacje rzeczywistości niż intelektualne pojedynki bohaterów.

Gnostyckie mity, kosmiczna groza i wyobraźnia bez granic

„Pełnia” jest powieścią mocno erudycyjną. Połoński sięga po inspiracje literaturą weird fiction, filozofią, gnostycyzmem i europejskim modernizmem. Echa Lovecrafta, Borgesa czy Grabińskiego są wyczuwalne, ale nie sprowadzają się do prostego odtwarzania znanych motywów. Autor wykorzystuje je do stworzenia własnej, niepokojącej wizji świata, w którym materia może być złudzeniem, a człowiek zaledwie elementem większego, niezrozumiałego mechanizmu.

Szczególnie ciekawy jest gnostycki wymiar opowieści i obecność Ialdabaotha – demiurgicznej figury związanej z niedoskonałym porządkiem stworzenia. W tym kontekście poszukiwanie manuskryptu nabiera dodatkowego znaczenia. Nie chodzi już wyłącznie o odnalezienie zaginionego przedmiotu, ale również o możliwość dotarcia do wiedzy podważającej fundamenty znanej rzeczywistości.

Nie brakuje przy tym obrazów groteskowych, makabrycznych i surrealistycznych. Bineda przypomina przestrzeń wyjętą z koszmarnego malarstwa: zdeformowaną, nieprzyjazną, pełną istot, których status ontologiczny pozostaje niejasny. Na pewno tutaj należy się ukłon w strony wyobraźni autora.

Największą siłą „Pełni” jest dla mnie atmosfera. To nie horror oparty na prostym napięciu, nagłych zwrotach akcji czy bezpośrednim zagrożeniu. Niepokój narasta stopniowo, przez osobliwość przestrzeni, dziwność napotykanych postaci i poczucie, że pod powierzchnią codzienności znajduje się coś fundamentalnie nieprawidłowego, zaburzonego, powodującego “zwarcie.”

Czy warto odwiedzić Binedę?

„Pełnia” Tomasza Połońskiego to propozycja dla czytelników, którzy od literackiej grozy oczekują czegoś więcej niż straszenia. To powieść wymagająca skupienia, cierpliwości, bycia gotowym (i muszę powiedzieć – literacko “dojrzałym”) do porzucenia tradycyjnych oczekiwań wobec fabuły. Nie wszystkie jej elementy angażowały mnie w równym stopniu, lecz nie zmienia to jednak faktu, że autor stworzył świat o wyjątkowo sugestywnym charakterze i już tak, cóż, po prostu, pięknie pisze.

Doceniam przede wszystkim odwagę wyobraźni, literacką erudycję i umiejętność budowania atmosfery, w której nawet najzwyklejszy element rzeczywistości może okazać się częścią czegoś znacznie bardziej niepokojącego. To książka, która nie tyle dostarcza odpowiedzi, ile podważa nasze przekonanie, że w ogóle potrafimy właściwie sformułować pytania.

Jeśli lubicie weird fiction, metafizyczne zagadki, surrealistyczne obrazy i historie pozostawiające po sobie więcej wątpliwości niż pewników, wyprawa do Binedy może okazać się doświadczeniem wartym podjęcia.

/ wpis powstał we współpracy z autorem