“Oczy są najsmaczniejsze” – Monika Kim

Horror, który zaczyna się od codzienności

„Oczy są najsmaczniejsze” Moniki Kim to jedna z tych powieści, w których groza nie pojawia się od razu. Zamiast gwałtownie wrzucać czytelnika w świat przemocy i makabry, autorka najpierw pozwala nam wejść w codzienność Ji-won – osiemnastoletniej Koreanki wychowanej w Stanach Zjednoczonych, która próbuje odnaleźć się pomiędzy oczekiwaniami rodziny, własną tożsamością a rzeczywistością zachodniego społeczeństwa.

Punktem wyjścia jest rozpad rodziny. Ojciec Ji-won opuszcza żonę i córki, a jej matka pogrąża się w rozpaczy. Dziewczyna, zamiast po prostu przeżywać własne emocje, musi częściowo przejąć odpowiedzialność za rodzinę i młodszą siostrę. Wkrótce w ich życiu pojawia się George – biały mężczyzna, który początkowo wydaje się dla matki szansą na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Dla Ji-won szybko staje się jednak kimś zupełnie innym: symbolem uprzedmiotowienia, rasowych stereotypów i męskiego poczucia uprzywilejowania.

I właśnie tutaj rozpoczyna się absolutna zabawa Moniki Kim z horrorem.

Kiedy „egzotyczność” staje się formą przemocy

Jednym z najciekawszych aspektów powieści jest sposób, w jaki autorka przedstawia doświadczenie Ji-won jako młodej Koreanki funkcjonującej w amerykańskim społeczeństwie. Bohaterka znajduje się w sytuacji paradoksalnej: jednocześnie jest postrzegana jako „inna” i… fetyszyzowana właśnie ze względu na tę inność.

George nie interesuje się Azjatkami jako indywidualnymi osobami. Interesuje go pewien wyobrażony obraz „azjatyckości” – zestaw cech, zachowań i stereotypów, które może konsumować tak samo jak egzotyczne jedzenie czy kulturę. To bardzo istotne, ponieważ Kim pokazuje, że uprzedmiotowienie nie zawsze musi przyjmować formę otwartej nienawiści. Czasami może wyglądać jak komplement, fascynacja czy deklarowane „uwielbienie” dla określonej kultury.

I właśnie dlatego jest to tak niepokojące i obrzydliwe.

Horror powieści wyrasta więc z czegoś, co początkowo nie ma w sobie nic nadnaturalnego. Z komentarzy, spojrzeń, przekraczania granic, seksualizacji oraz przekonania, że drugiego człowieka można sprowadzić do wyobrażenia o jego pochodzeniu — a własną, powierzchowną wiedzę o danej kulturze (jako “masowy konsument”) stawiać ponad doświadczeniem osoby, która z niej rzeczywiście pochodzi. Nawet nie wiecie jak bardzo mnie to wkurzyło.

„Mili faceci” – tylko do momentu odmowy

Mówiąc o postaci George’a, nie można nie wspomnieć o koledze ze studiów Ji-won, Geoffreyu. Deklaruje on feministyczne poglądy, mówi o szacunku do kobiet, chce być postrzegany jako wrażliwy, świadomy i absolutnie niegroźny. Problem zaczyna się wtedy, gdy Ji-won przestaje spełniać jego oczekiwania.

Geoffrey reprezentuje figurę „nice guya” – mężczyzny, który swoją pozorną dobroć traktuje niemal jak kapitał, za który powinien otrzymać określoną nagrodę: uwagę, zainteresowanie, bliskość czy wreszcie uczucia kobiety. Kiedy ich nie dostaje, maska zaczyna pękać. Jego troska zamienia się w kontrolę, deklarowany szacunek w przekraczanie granic, a „feminizm” okazuje się bardziej elementem wizerunku niż rzeczywistym przekonaniem. I właśnie dlatego Geoffrey jest dla mnie ciekawym uzupełnieniem postaci George’a. Obaj mężczyźni pozornie reprezentują zupełnie różne postawy, ale ostatecznie łączy ich przekonanie, że kobieta powinna spełniać określone oczekiwania mężczyzny. George nawet nie próbuje tego ukrywać, Geoffrey natomiast robi to znacznie subtelniej – do momentu, w którym słyszy „nie”. A wtedy okazuje się, że jego „miłość do kobiet” ma bardzo wyraźną granicę: kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się ich wolność.

Oczy, które patrzą – i oczy, które stają się przedmiotem pożądania

Nieprzypadkowo to właśnie oczy znalazły się w centrum powieści.

W tradycyjnym znaczeniu oczy są symbolem poznania i sposobu postrzegania rzeczywistości. To dzięki nim obserwujemy innych, oceniamy ich wygląd i próbujemy odczytać ich emocje. Monika Kim odwraca jednak ten mechanizm. W tej historii bowiem już samo spojrzenie staje się źródłem przemocy.

Ji-won jest obserwowana, oceniana i seksualizowana, a cudze spojrzenie stopniowo zamienia ją w przedmiot. Nic więc dziwnego, że jej własna fascynacja oczami zaczyna przybierać groteskową i makabryczną formę. Jeśli patrzysz, ale nie widzisz drugiego człowieka – jego granic, lęku i podmiotowości – to właściwie do czego potrzebne są ci oczy? Jeśli wykorzystujesz je wyłącznie po to, by oceniać, uprzedmiotawiać i pożądać, Ji-won odbiera ci możliwość patrzenia. W tej przewrotnej logice oczy przestają być jedynie elementem ciała – stają się symbolem męskiego spojrzenia, kontroli i uprzedmiotowienia. A ich konsumpcja jest groteskowym odwróceniem relacji władzy: tym razem to nie ona jest obiektem cudzej obserwacji. To ona decyduje, kto ma prawo patrzeć.

Ta cała metafora to jeden z najlepszych przykładów tego, jak można wykorzystać body horror nie tylko po to, by obrzydzić czytelnika. Ciało staje się tutaj językiem opowiadania o władzy i kontroli.

Kobieca wściekłość, której nie da się już „ugłaskać”

W powieści bardzo wyraźnie obecny jest również motyw kobiecego gniewu. Ji-won przez długi czas próbuje funkcjonować w świecie, który oczekuje od niej określonego zachowania. Ma być dobrą córką, wspierać matkę, troszczyć się o siostrę, odnaleźć się na uczelni i jednocześnie radzić sobie z własnymi emocjami.

Tymczasem jej frustracja narasta.

I tutaj horror staje się niezwykle ciekawą metaforą. To, co przez lata było tłumione, zaczyna przyjmować fizyczną postać. Gniew, którego nie można wyrazić w sposób akceptowany społecznie, znajduje ujście poprzez przemoc i kanibalistyczne pragnienia.

Nie oznacza to jednak, że Ji-won staje się prostą figurą „mścicielki”. Kim zdecydowanie bardziej interesuje proces, w którym ofiara zaczyna przejmować narzędzia swoich oprawców. Bohaterka zyskuje poczucie sprawczości, ale jednocześnie coraz trudniej jej kontrolować to, co się z nią dzieje.

I właśnie ta dwuznaczność wydaje mi się szczególnie interesująca.

Od dramatu rodzinnego do body horroru

Konstrukcja tej powieści jest według mnie genialna. Kim nie zaczyna od klasycznego horroru. Najpierw buduje dramat rodzinny, pokazuje rozpad relacji, doświadczenie migracji, konflikt pokoleniowy i samotność młodej kobiety próbującej zrozumieć własne miejsce pomiędzy kulturą, w której została wychowana, a społeczeństwem, w którym dorasta.

Dopiero później rzeczywistość zaczyna się przesuwać.

Granica między tym, co psychologiczne, a tym, co nadnaturalne, stopniowo się zaciera. Pojawia się coraz więcej groteski, krwi i obrazów, których zdecydowanie nie poleciłabym osobom o słabych nerwach. Jednocześnie brutalność nie jest tutaj wyłącznie dekoracją. Ma funkcję narracyjną – pokazuje to, czego Ji-won nie potrafi lub nie chce już wyrazić słowami.

I chyba właśnie dlatego ta makabra działa tu tak dobrze.

Horror o patrzeniu, konsumowaniu i odbieraniu kontroli

„Oczy są najsmaczniejsze” można oczywiście przeczytać jako krwawą historię o dziewczynie, która zaczyna mieć obsesję… byłaby to jednak bardzo powierzchowna interpretacja.

Monika Kim opowiada przede wszystkim o uprzedmiotowieniu, rasizmie, seksualizacji, kobiecym gniewie, rodzinnych zależnościach i potrzebie odzyskania kontroli nad własnym życiem. Kanibalizm staje się przy tym wyjątkowo przewrotną metaforą – skoro inni ludzie przez cały czas próbują „konsumować” Ji-won jako fantazję, egzotyczny obiekt czy określony stereotyp, bohaterka zaczyna odwracać role.

Tym razem to ona patrzy, to ona wybiera i to ona decyduje, co zostanie skonsumowane.

„Oczy są najsmaczniejsze” to oczywiście horror bardzo mocno zakorzeniony we współczesności. Krwawy, groteskowy i momentami absurdalny, ale jednocześnie zaskakująco trafny w obserwowaniu mechanizmów, które wcale nie potrzebują nadnaturalnych elementów, żeby być przerażające.

I być może właśnie dlatego najbardziej niepokojące w tej książce nie są wcale potworne obrazy. Najbardziej niepokojące jest to, jak wiele z przedstawionych przez Monikę Kim sytuacji mogłoby wydarzyć się bez udziału żadnego potwora.