Wiedźmy, skradzione obrazy i bagna, z których niełatwo wrócić
„Portret wiedźmy” K.S. Shay to fantastyka łącząca czarownice, złowrogie mokradła, tajemnicę sprzed lat i sztukę, która skrywa więcej, niż powinna. A wszystko zaczyna się od zaklęcia, które poszło zdecydowanie nie tak.
Wiedźma na wygnaniu, czyli kiedy dawna chluba sabatu staje się jego problemem
Maeve Ryan niegdyś była najpotężniejszą wiedźmą swojego pokolenia i miała szansę zostać matriarchinią sabatu z North Shore. Wszystko zmieniło się po nieudanym rytuale, który nie tylko zniszczył jej reputację i nadszarpnął przyjaźń z Ash, lecz także skaził jej magię nieokiełznaną mocą. Ta może stopniowo odebrać czarownicy kontrolę nad sobą i przemienić ją w niebezpieczną zjawę.
Maeve wolałaby więc pozbyć się magii raz na zawsze, niż ryzykować utratę własnego umysłu. Problem w tym, że sabat ma wobec niej inne plany. Nad mokradłami ponownie pojawia się tajemnicza postać, a jej obecność zwiastuje kolejne tragedie. Dawni towarzysze oczekują, że Maeve wykorzysta swoje niezwykłe zdolności, by ich ocalić, choć nie wiedzą, jak niebezpieczne stało się dla niej rzucanie zaklęć.
Bohaterka szybko zdobyła moją sympatię bo nie jest nieskazitelną wybranką losu, która zawsze podejmuje właściwe decyzje. Potrafi być uparta, drażliwa i skupiona na sobie, ale dzięki temu sprawia wrażenie osoby z krwi i kości. Jej największym problemem nie jest zresztą brak mocy, lecz próba odnalezienia siebie, kiedy to, co wcześniej stanowiło jej największy atut, zaczyna zagrażać jej życiu.
Nie tylko magia. O ambicji, przyjaźni i byciu tą drugą
Jedną z ciekawszych postaci jest dla mnie Ash, najlepsza przyjaciółka Maeve i jej dawna partnerka rytualna. Jest inteligentna, pomysłowa i świetnie radzi sobie z magią wymagającą precyzji, ale brakuje jej “surowej mocy,” którą dysponowała Maeve. Przyjaźń z tak utalentowaną czarownicą może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem — szczególnie gdy wszyscy dookoła zdają się dostrzegać przede wszystkim tę drugą.
Ash chce udowodnić, że zasługuje na uznanie niezależnie od tego, z kim ją porównują. Jej ambicja jest totalnie zrozumiała, ale prowadzi ją do decyzji, których konsekwencje szybko wymykają się spod kontroli. I właśnie tutaj powieść zyskuje coś dodatkowego: pod fantastyczną intrygą kryje się opowieść o potrzebie bycia zauważoną, niedocenieniu i napięciach, które mogą narastać nawet w bliskiej relacji.
Co ważne, Shay nie musi oddawać Ash osobnej narracji, żeby pokazać jej wewnętrzne rozterki. Wystarczy obserwować jej działania i to, jak próbuje znaleźć własne miejsce w sabacie. Dzięki temu przyjaźń bohaterek nie jest jedynie dodatkiem do przygody, ale jednym z emocjonalnych fundamentów całej historii.
Kradzież stulecia i obraz, przez który lepiej nie przechodzić
Punktem zwrotnym okazuje się trop prowadzący do kradzieży dzieł sztuki z bostońskiego muzeum. To nawiązanie do prawdziwej, nierozwiązanej kradzieży z 1990 roku, podczas której z muzeum zniknęło trzynaście obrazów. Shay wykorzystuje tę zagadkę jako punkt wyjścia do stworzenia własnej, magicznej historii.
Kiedy Ash trafia przez pustą ramę skradzionego obrazu do niepokojącego, alternatywnego wymiaru — Maeve musi ruszyć jej na ratunek. Towarzyszy jej Gabriel, wiedźma… a właściwie czarownik spoza sabatu, który ma własne powody, by zainteresować się zaginionymi dziełami. Wspólnie wkraczają w przestrzeń, gdzie obowiązują inne reguły, a mokradła skrywają mroczne sekrety – także te dotyczące historii wiedźm.
Był to naprawdę bardzo fajny element tej historii. Pomysł, by połączyć świat sztuki z magią i tajemnicą, brzmi dość niecodziennie, a autorce udaje się wykorzystać go do zbudowania własnej mitologii. Alternatywny świat jest miejscem naprawdę niepokojącym: pełnym zdradliwych mokradeł, niebezpiecznych stworzeń i krajobrazów, które potrafią wywołać dreszcz. Jeśli lubicie fantastykę, w której sama przestrzeń staje się przeciwnikiem bohaterów i robi klimat, ten wątek może Was kupić.
Magia, która ma własne zasady
Podoba mi się również sposób, w jaki K.S. Shay podchodzi do czarowania. Magia nie jest tutaj jednorodną mocą, którą każdy wykorzystuje w ten sam sposób. Ash konstruuje zaklęcia niczym równania matematyczne, a jej miotła może zmienić się w niewielką przypinkę. Gabriel czerpie natomiast moc z emocji i sztuk pięknych. Moim zdaniem sprawia to, że magiczny świat ma własny charakter, a czarowanie staje się czymś więcej niż wygodnym sposobem na rozwiązanie fabularnego problemu.
Autorka sprawnie wplata informacje o sabatach i rytuałach w akcję, zamiast zatrzymywać opowieść na długie wykłady o zasadach uniwersum. Mitologia stopniowo się rozrasta, a kolejne elementy układanki zaczynają do siebie pasować. Chętnie dowiedziałabym się jeszcze więcej o relacjach między sabatami i ich zwyczajach, ale to raczej apetyt na rozwinięcie świata niż zarzut, który odbiera przyjemność z lektury.
Wiedźmy, które nie mają czasu na nudę
„Portret wiedźmy” to debiut, w którym wyraźnie widać zamiłowanie do rozbudowanych światów, ale też umiejętność prowadzenia historii ku konkretnemu celowi. Stawka stopniowo rośnie, a kolejne wydarzenia nie sprawiają wrażenia przypadkowych przystanków na drodze do finału. Szczególnie doceniam momenty, w których wydaje się, że bohaterowie mają już sytuację pod kontrolą, po czym fabuła odbiera im resztki przewagi. Zamiast bezpiecznie prowadzić ich od przeszkody do zwycięstwa, Shay pozwala, by sprawy naprawdę się skomplikowały.
Nie wszystko jest równie świeże. Wątek romantyczny Maeve i Gabriela dość szybko daje się przewidzieć, a niektóre opisy powracają częściej, niż powinny. Zdarza się też, że pojedyncze sformułowania wybijają z rytmu czytania. Nie są to jednak niedociągnięcia, które przysłoniłyby mi zalety powieści — zwłaszcza że relacje między postaciami, pomysł na magię i narastające napięcie skutecznie wynagradzają te drobne potknięcia.
Czy warto wejść na te mokradła?
„Portret wiedźmy” okazał się dla mnie bardzo przyjemnym zaskoczeniem i typem lektury, które uwielbiam dorzucać sobie do jesiennego TBR. To fantastyka z wyrazistą bohaterką, interesującym systemem magii i tajemnicą, która łączy lokalną historię czarownic z prawdziwą zagadką świata sztuki. Najbardziej zapamiętam jednak nie samą intrygę, lecz klimat książki oraz relację Maeve i Ash — przyjaźń, w której bliskość nie wyklucza zazdrości, a wzajemne przywiązanie nie zawsze wystarcza, by uchronić kogoś przed złymi decyzjami.
Jeśli szukacie historii o czarownicach, która łączy przygodę, mroczny klimat, rozbudowaną mitologię i odrobinę romantycznego napięcia, warto dać tej książce szansę. Nie jest pozbawiona debiutanckich niedoskonałości, ale ma coś, co cenię szczególnie: własny pomysł na magiczny świat i finał, do którego naprawdę chce się dotrzeć.
/wpis powstał we współpracy z wydawnictwem

