O wampirach, które marzą o świecie bez uprzedzeń
Gotycka ruina zamku, niewielka miejscowość, tajemnicza wspólnota wampirów i księżyc, który ma stać się obietnicą zbawienia. Andrea Morstabilini rozpoczyna swoją powieść od elementów dobrze znanych miłośnikom literatury grozy, by szybko skierować je w nieco mniej oczywistą stronę. „Krew jak blask księżyca” nie jest bowiem kolejną historią o krwiożerczych istotach polujących na ludzi. To przede wszystkim opowieść o wyobcowaniu, potrzebie przynależności i cenie, jaką płaci się za próbę odnalezienia własnego miejsca w świecie.
W zamku Frankenstein mieszka niewielka wampirza społeczność, której przewodzi charyzmatyczna Regina. Kobieta roztacza przed swoimi podopiecznymi wizję lepszej przyszłości: na Księżycu ma znajdować się bezpieczna przystań, prawdziwy raj dla istot takich jak oni. Wystarczy tylko zbudować mechaniczne skrzydła i opuścić Ziemię. Ambrose, jeden z członków wspólnoty, nie jest jednak przekonany do tej obietnicy. Nie chce porzucać dotychczasowego życia, a jego relacja z człowiekiem dodatkowo komplikuje lojalność wobec własnej grupy.
Sytuacja staje się jeszcze bardziej niebezpieczna, gdy na drodze wampirów pojawia się tajne stowarzyszenie zainteresowane ich schwytaniem i przeprowadzeniem eksperymentów, które mają doprowadzić do unicestwienia ich gatunku.
Wampiryzm jako metafora inności
Autor w bardzo interesujący sposób wykorzystuje motyw wampiryzmu do opowiedzenia o społecznym wykluczeniu. Nadnaturalna natura bohaterów staje się metaforą odmienności, której społeczeństwo nie chce zaakceptować. Wampiry funkcjonują w ukryciu, są zmuszone do podporządkowania się określonym zasadom, a ich istnienie samo w sobie stanowi dla innych problem wymagający rozwiązania.
Szczególnie wymowny jest w tym kontekście pomysł eksperymentów mających „wyleczyć” Ambrose’a z jego natury. Za naukową ciekawością i deklarowaną chęcią zrozumienia kryje się przemoc oraz przekonanie, że odmienność można, a nawet należy wyeliminować. To jeden z najmocniejszych społecznych komentarzy zawartych w książce. Autor pokazuje, jak łatwo język postępu, medycyny czy troski o porządek może stać się usprawiedliwieniem dla odbierania innym prawa do samostanowienia.
Queerowy wymiar tej historii nie jest więc jedynie dodatkiem do fantastycznej oprawy. Wampiryzm pozwala mówić o ludziach, którzy przez otoczenie zostali uznani za niewłaściwych, niepożądanych lub wymagających naprawy. W tym sensie „Krew jak blask księżyca” opowiada o czymś znacznie bardziej przyziemnym niż nadnaturalne zagrożenie: o presji społecznej, uprzedzeniach i przemocy wobec tych, którzy nie mieszczą się w narzuconych normach.
Regina i obietnica raju
Nie mniej interesujący jest wątek samej wspólnoty wampirów. Regina oferuje swoim podopiecznym coś, czego bardzo potrzebują – nadzieję na życie bez prześladowań. Jej wizja księżycowego schronienia staje się odpowiedzią na strach, cierpienie i poczucie beznadziei. Problem polega na tym, że obietnica bezpieczeństwa wymaga całkowitego podporządkowania się jej planom.
To właśnie tutaj powieść podejmuje temat manipulacji i mechanizmów indoktrynacji. Ludzie, którzy przez lata doświadczali odrzucenia, mogą szczególnie łatwo ulec osobie oferującej im poczucie wspólnoty i obietnicę lepszego jutra. Regina nie musi posługiwać się otwartą przemocą, by zdobywać wpływy – wystarczy, że przekona swoich zwolenników, iż tylko ona zna drogę do zbawienia. Czy jednak rzeczywiście jest to droga do wolności, czy może kolejna forma ucieczki przed światem, w którym bohaterowie nie potrafią odnaleźć swojego miejsca? I czy można mówić o wyzwoleniu, jeśli jego warunkiem jest odrzucenie własnej tożsamości?
Gotycka melancholia i świat zawieszony w czasie
Morstabilini posługuje się językiem pełnym obrazowości, momentami wręcz poetyckim, a gotycka estetyka nadaje opowieści specyficzny, melancholijny charakter. Zrujnowany zamek, nocne obserwacje mieszkańców pobliskiej miejscowości, tajemnicze rytuały i eksperymenty prowadzone przez stowarzyszenie tworzą rzeczywistość, która wydaje się wyrwana z innej epoki.
Jednocześnie trudno jednoznacznie określić czas akcji. Powieść sprawia wrażenie zawieszonej pomiędzy przeszłością a współczesnością, co początkowo buduje jej osobliwy urok, ale nie zawsze działa na korzyść narracji. Zestawienie romantycznej, niemal wiktoriańskiej estetyki z elementami współczesnej kultury potrafi jednak nieco wytrącać z lektury. Osobiście, chyba nie jestem do końca fanką takich kontrastów – ale to oczywiście tylko moja prywatna preferencja.
Podobnie jest nieco z konstrukcją opowieści. Zmiany perspektyw i przesunięcia czasowe nie zawsze są wystarczająco płynne, przez co chwilami trudno uchwycić rytm wydarzeń. Autor wyraźnie stawia na atmosferę, ale zdarza się, że rozbudowane opisy i fragmenty poświęcone wampirycznej mitologii często spowalniają fabułę.
Czy warto dać się porwać księżycowej obietnicy?
„Krew jak blask księżyca” to powieść osobliwa, melancholijna i niepozbawiona literackich ambicji. Najbardziej doceniam w niej piękny język autora oraz społeczną warstwę opowieści – szczególnie refleksję nad tym, jak łatwo potrzeba akceptacji może zostać wykorzystana przez osoby obiecujące zbawienie oraz jak okrutne potrafi być przekonanie, że inność należy wyeliminować lub naprawić.
Nie jest to jednak książka pozbawiona niedociągnięć. Nieco nierówna narracja, spowolnienia fabularne i niewykorzystany potencjał niektórych postaci sprawiają, że nie wszystkie elementy wybrzmiewają z jednakową siłą.
Mimo tych zastrzeżeń uważam, że Morstabilini stworzył interesującą wariację na temat wampiryzmu, w której potworność nie wynika z samej natury bohaterów, lecz z reakcji świata na ich odmienność. To opowieść o pragnieniu wolności, o traumie, manipulacji i poszukiwaniu miejsca, w którym nie trzeba udawać kogoś innego, by zasłużyć na prawo do istnienia.
/wpis powstał we współpracy z wydawnictwem

